wspomnienia, opinie, przemyślenia...
OPERACJA „SZAKAL” – IRAK 2007
Jedna z rzeczy, która mnie zadziwiła podczas walki, to uświadomienie potrzeby zaspokojenia tak przyziemnych rzeczy jak pragnienie oraz inne, wydawałoby się, prozaiczne sprawy. Myśli tak surrealistycznych, że do tej pory nie mogę się nadziwić, jak wielkie są rozbieżności między naszymi wyobrażeniami, a rzeczywistością. Jednak najważniejszym odkryciem, po zakończeniu naszej akcji, było to, że… w trakcie jej trwania nie słyszałem… muzyki w tle.
Historia, o której Wam opowiem, będzie wyłącznie opowieścią z mojej perspektywy, widzianą i opowiedzianą przez mój pryzmat oraz ograniczona pamięcią i własnymi wyobrażeniami. Roszczę sobie prawo do własnej oceny wydarzeń oraz zaistniałych sytuacji. Jednocześnie nie próbuje nadać znaczeniu własnej osobie, lub określonej grupie osób ani pomniejszyć udziału innych. Chciałbym podziękować wszystkim, którzy tam byli i pokazali, że można na nich polegać.
Był wczesny ranek kiedy rozpoczęliśmy przygotowania do naszej operacji, którą mieliśmy przeprowadzić razem z 1st SFG oraz 8 Dywizją, mającej na celu pojmać jedną z najbardziej poszukiwanych osób w całej prowincji. Człowiek ten był odpowiedzialny za ataki na siły koalicji oraz destabilizację sytuacji w rejonie. Dla szerszego kontekstu, warto abyście wiedzieli, że 2007 rok, a co za tym idzie 7 zmiana Polskiego Kontyngentu Wojskowego nie była spokojna ani szczęśliwa dla Polskich i koalicyjnych wojsk działających w rejonie Ad Diwanija. Ataki nasilały się z każdym tygodniem ,właściwe nie było dnia bez rannych i zabitych po stronie sił koalicji, nie mówiąc o żołnierzach i policjantach irackich. Ataki na bazę Wielonarodowej Dywizji były coraz zuchwalsze i częstsze. Ataki rakietowe oraz moździerzowe odbywały się prawie każdego dnia (doszło nawet do ataku na bazę oraz ostrzału rakietowego z użyciem ok. 80 rakiet i pocisków moździerzowych). Miasto w znacznym stopniu było kontrolowane przez przeciwnika. Nie ulega wątpliwości, że było to gorące lato, zarówno dosłownie jak i w przenośni. Wyobraźcie sobie, jaki wokół panował, wtedy nastrój. No i w końcu nadarzyła się okazja aby nieco namieszać i zmienić układ sił w rejonie naszej odpowiedzialności (nie była to nasza jedyna próba jak się pewnie domyślacie). Muszę dodać, że operacja planowana była przez odyńców (nasz slang określający chłopaków z ODA, spolszczona wersja ODY). Plan w założeniu był prosty i śmiały zarazem. Po zapoznaniu się z nim, wraz z trzema kolegami, zgłosiliśmy się na ochotnika, (a może zostaliśmy wyznaczeni, choć na ochotnika zdecydowanie lepiej brzmi), do udziału w pierwszej grupie szturmowej, która składała się z pięciu Amerykanów, piętnastu żołnierzy irackich z 8 Dywizji oraz nas trzech. W tym miejscu muszę Wam powiedzieć, że moja ekscytacja sięgała zenitu, nie z powodu samej operacji, ale sposobu jej wykonania. Najbardziej byłem podjarany tym, że chłopaki z paki (którzy zostali w kraju i z którymi mijam się już prawie rok), będą mi tego zazdrościć i będą żałować, że nie mogli w tym uczestniczyć. Ponadto cieszyłem się , że w końcu będzie kozacka robota na miarę prawdziwej operatorki ( nie jestem pewien, czy w tamtym czasie posługiwaliśmy się taką terminologią a jak pokazało życie, nie była to pierwsza i ostatnia nasza robota Godna tego miana). Marzenia się spełniają. Może nie brzmi to jakoś profesjonalnie, brak tu kreacji na zimnego zawodowca ale co tam, miałem dwadzieścia parę lat i marzyłem o działaniu,wiecie takim jakie się widzi w filmach i czyta w książkach. Co więcej, całym swoim jestestwem wyrażałem tę chęć działania, na wszelkie znane mi sposoby. Przecież gdybym o tym nie myślał, pracowałbym w biurze albo gorzej… w sztabie (żarcik). Nie byłbym sobą gdybym nie dodał, że w owym czasie uważałem że jesteśmy nieśmiertelni, no przynajmniej ja… Plan był bardzo prosty, można by go opisać w żartobliwy sposób trzema W: wypier… dolić, wpier….dolić i wypi….dalać. Po odprawie i stawianiu zadań, udałem się sprawdzić to nasze „cudeńko”, naszego konia trojańskiego, który okazał się… śmieciarką. Tak śmieciarką ściągnięta z innego miasta na tą operację, która miała być wykorzystana do skrytego przerzucenia nas pod obiekt, stąd analogia do poczciwego konia trojańskiego. Pomyślałem sobie, że głupio byłoby zginąć w śmieciarce, ale jak mus… to mus. Może wojownicy greccy również rozważali to zagadnienie w podobny sposób – biłem się z myślami. Po załadowaniu na „pakę”, sprawdzeniu łączności i wszystkich tych ważnych ale nudnych rzeczy, wyruszyliśmy na robotę. Na „bramie” pojawił się pierwszy problem. Wjazd i wyjazd do bazy jest ściśle kontrolowany i reglementowany. Trzeba przyznać, że nasi chłopcy, naprawdę wykonywali kawał dobrej roboty i tym razem nie odpuscili. Jak już wiecie, siedzimy z tyłu na pace: nasza trójka, piętnastu żołnierzy irackich oraz pięciu amerykańskich wraz z magicznym hiper-tajnym sprzętem (ale o tym opowiem, co najmniej po… trzech browarach-żarcik), a w kabinie dwóch irackich żołnierzy w cywilnych ubraniach. Tak więc stoimy słyszymy jakieś rozmowy i nagle jeden z Amerykanów mówi, że trzeba pogadać z polskimi żołnierzami na bramie, bo nie chcą wypuścić naszego pojazdu, cóż podejmuje się tego zadania – jak mus… to mus. Wdrapuje się na burtę naszej ciężarówki, odsłaniam plandekę i krzyczę… „EEEEE! „, to wystarczyło aby wartownik podniósł głowę i zobaczył mój łeb wystający znad burty. Uwierzcie mi, widok jego zdziiwionej miny – bezcenny. Żołnierz patrzy na mnie zaskoczony więc postanowiłem przerwać tą niezręczna dla niego (zabawną dla mnie) sytuację i mówię:
– Wypuść nas jedziemy na robotę.
-Ale jak, ja nie mogę, muszę zadzwonić do dowódcy.
-Szybko, bo nie mamy czasu, dzwoń, powiedz, że mamy zgodę generała (Dowódcę Wielonarodowej Dywizji).
Oczywiście blefowałem, bo nie miałem pojęcia czy wiedział o tej konkretnej operacji, choć zakładałem, że tak, to mógł nie wiedzieć o dość osobliwym sposobie opuszczenia przez nas bazy (w tym miejscu chciałbym żebyście uzmysłowili sobie, że w normalnych warunkach nie było mowy, aby ktokolwiek z sił koalicji wyjeżdżał za bazę nie opancerzonym pojazdem. Każdego dnia były ataki na kolumny wojskowe z użyciem IED oraz EFP, które zbierało śmiertelne żniwo). Nie wiem czy ten argument zadziałał, czy też nie, ale po chwili byliśmy już w drodze na „obiekt”. W czasie drogi patrzyłem w skupieniu na twarze kolegów i starałem się chłonąć każdą chwilę. Obserwując „jankich”, wiedziałem że zbliżamy się do celu (wiecie… hiper sprzęt i w ogóle), gdy byliśmy już pod głównym punktem wejścia, ciężarówka nie zatrzymała się, tylko lekko przyspieszyła. Na pace zrobiła się nerwowa atmosfera, okazało się że kierowca zobaczył ludzi z bronią pod naszym obiektem i spanikował. Zrobiliśmy drugi zajazd i tym razem śmieciarka stanęła. Otworzyliśmy drzwi i poganiając irackich żołnierzy wyskoczyliśmy na ulicę. Adrenalina buzowała w żyłach, czułem się jakbym miał skrzydła, pędziłem dalej aby jak najszybciej wejść na obiekt. Poszły flashbangi i już byliśmy w środku. W takich momentach kluczowym aspektem jest czas, więc robiliśmy wszystko aby „Pan zły” nam nie uciekł oraz aby nie pozostać na miejscu zbyt długo (przypominam tylko, że ta dzielnica i ulica była całkowicie pod kontrolą przeciwnika). Obiekt był spory i miał wiele pomieszczeń, także szybko okazało się, że musimy dzielić się na mniejsze zespoły, aby szybciej go opanować. W pewnym momencie zostałem sam z odyńcem przed pomieszczeniem, reszta szturmu w pomieszczeniach obok. Flash, bum i naprzód. Wchodzimy, jesteśmy w pomieszczeniu („robimy” razem pierwszy raz, a czujem, jakbyśmy robili to lata), czysto, widzimy szafe-podchodzę do jej drzwi, „odziak” ubezpiecza, przechodzę na pistolet i otwieram, czysto. Kolejne pomieszczenia i tak dalej, aż obiekt zostaje opanowany. Niestety nie ma nikogo, pusto, zero, choć widać ślady bytności. Pierwsze nasze myśli każą nam podejrzewać, że przez panikę naszego kierowcy, zaalarmowaliśmy ochronę naszego „klienta”. A on ostrzeżony przez obstawę, zdołał się nam wymknąć. Cóż taka to gra, nie zawsze się wygrywa. Zabezpieczyliśmy obiekt i udaliśmy się na zewnątrz aby rozstawić żołnierzy irackich. Po rozstawieniu żołnierzy i zabezpieczeniu perymetrów, zatrzymałem się z kumplem przed ciężarówką. Nagle słyszymy strzały, żołnierze iraccy zaczynają strzelać z „pekasiek”. Stoimy z kumplem rozmawiamy, podejrzewając, po rozmowie z tłumaczem, że nasi iraccy sojusznicy strzelają… od tak sobie, cóż myślę, jak mus… to mus. Wtem padają strzały. Słyszymy wyraźnie ich huk, świst i słyszymy jak pocisk wbijają się w asfalt tuż przed nami. Szybko namierzyliśmy cel (słowo – klucz na odhumanizowanie przeciwnika), spojrzeliśmy na siebie i nie zastanawiając się, odbezpieczyliśmy „beryle” i ogień… A ja miałem jeszcze większe skrzydła… Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Wydarzenia zaczynały nabierać tempa i przyspieszać w iście ekspresowym trybie. Po tym jak strzały ucichły, rozpoczęła się kolejna kanonada, brakowało jedynie fajerwerków i szampana, a można by pomyśleć że mamy sylwester w czerwcu i za dnia. Dołączyli do nas Amerykanie i ruszyliśmy wzdłuż ulicy, z której był do nas prowadzony ogień, torując sobie przejście z użyciem granatów włącznie… Uczucie kiedy wybucha granat za pojazdem na środku ulicy – bezcenne, okazało się, że użycie F1-ki w rzeczywistości nie jest tak groźne dla nas stojących (i próbujących przykleić się do ściany), jakby się mogło wydawać. Kiedy wydawało się, że sytuacja zaczyna być opanowywana, nastąpił kolejny, szybki zwrot akcji. Po jakiejś chwili stojąc w innym miejscu ulicy, nieopodal naszego „konia trojańskiego”, obserwowałem żołnierza Irackiego kucającego z karabinem maszynowym PK. W ułamku sekundy, na moich oczach, żołnierz oberwał i padł na ziemię (w ułamku sekundy z osoby pełnej emocji, marzeń, myśli przeistoczył się w kukłę , szmacianą lalką – takie były moje skojarzenia, widząc jak upada, jak jego ciało reaguje na postrzał). W milisekundzie jeszcze jakby chciał się podeprzeć, po czym padł na ulicę bezwładnie. Po tym wydarzeniu wraz z moim kompanem, nazwiemy go ‘A’., widząc co zaczyna się dziać z naszymi Irackimi żołnierzami (konkretnie jaka jest ich reakcja na postrzał kolegi), po szybkiej ocenie sytuacji i obawie, że nasi iraccy koledzy mogą stracić ducha bojowego (w międzyczasie czekaliśmy już na własne wsparcie, które było już w drodze) postanowiliśmy spróbować go stamtąd wyciągnąć. Ruszyliśmy w jego kierunku i szybko do niego doskoczyliśmy. Złapaliśmy go za ręce i ewakuowaliśmy go do miejsca bezpiecznego, jakim był opanowany przez nas wcześniej budynek. U żołnierza szybko dało się zauważyć oddech agonalny więc niezwłocznie przystąpiliśmy do RKO oraz pozostałych czynności. Niestety nie udało się go uratować… Jakby tego było mało, wpadłem na kolejny genialny pomysł. Pomyślałem, że zabiorę „pekaśke” po zabitym żołnierzu. Jak mus… to mus. Nie powiedziałem Wam, że w trakcie kiedy ciągnęliśmy Irackiego żołnierza, dojechał nasz QRF (z ang. Quick Reaction Force) składający się z naszych pojazdów oraz Navy EOD więc było już nas więcej. Poczułem się od razu jakoś lepiej. Ruszyłem przed siebie owładnięty chęcią zabrania karabinu maszynowego z ulicy, gdy nagłe padł strzał, poczułem tynk na twarzy, a to naprawdę powoduje szybką zmianę planów i przyspiesza podejmowanie decyzji…. Uważaj o czym marzysz, marzenia się czasem spełniają. To było kolejne z moich „głębokich” przemyśleń po robocie. Szczególnie jak zdajesz sobie sprawę jak mało brakowało. Tak między 30 a 40 centymetrów, na tyle daleko żeby chybić, na tyle blisko żeby poczuć tynk na własnej twarzy. Muszę powiedzieć, że byłem pełen uznania dla umiejętności strzeleckich faceta, który zamierzał mnie zabić, ale nie mam o to do niego pretensji – zrobiłbym dokładnie to samo. Myślicie pewnie, jak to, przecież nie trafił. To prawda, choć wymierzył na wysokość mojej głowy idealnie, wyprzedzenie również w tempo, to nie przewidział jednego. Niektórzy nazywają to opatrznością, aniołem stróżem, cudem bądź żołnierskim szczęściem – wybór zostawiam Wam. Ale do sedna, drogę jaką sobie założyłem do przejścia, pokonywałem w półsiadzie i po paru metrach zatrzymałem się, bo chciałem zwyczajnie odpocząć. Po tym pojedynczym strzale, do tej pory zastanawiam się czy był to strzelec wyborowy czy też nie, uwierzcie mi, miałem bardzo dużo sił, aby nie dać przeciwnikowi drugiej szansy. Podsumowując uważajcie o czym marzycie… choć ja nie żałuję niczego z tamtych chwil, no może tylko jednego…
Tyle tej historii, która obfitowała w wiele innych wydarzeń, wątków oraz zwrotów akcji. Historii cichych bohaterów, którzy torowali przejścia, ewakuowali rannych sojuszników oraz rannych kolegów pod ogniem nieprzyjaciela, bohatera, który walczył i kiedy nie mógł wspierać nas ogniem z powodu rany postrzałowej, pomagał nam podając magazynki ciągle chcąc być potrzebnym.
Być może jeszcze wrócimy do tej historii i opowiemy ją w całości tak jak na to zasługuje, kiedy okoliczności będą bardziej sprzyjające na jej przedstawienie. Mając na uwadze ostatni wysyp różnego rodzaju publikacji i wspomnień, zespół C.T.C postanowił poczekać na lepszy moment, aby pamięć o tym wydarzeniu i bohaterskiej postawie żołnierzy JWK oraz 1st Special Forces Command – Airborne i Navy EOD nie został rozmyty i zapomniany w dużej ilości podobnych publikacji i postów. Wydarzenie to, w naszej ocenie, godne jest zapamiętania oraz odznaczenia żołnierzy biorących w nim udział i nie zasługuje na niepamięć.
Nasz zespół również w trosce o higienę pracy kolegów pozostających w „obiegu”, nie chciałby aby treści jakimi się dzieli, celem promocji polskich działań specjalnych, mogły w jakikolwiek sposób im samym(czynnym żołnierzom) oraz przyszłym operacjom zaszkodzić, wiemy że działania tego typu najlepiej czują się kiedy pozostają w cieniu, dlatego rzucając nieco światła (posługując się już tą metaforą) pragniemy zrobić, paradoksalnie, większy cień. Panowie to dla Was, aby nasza nieopowiedziana i niedostrzeżona, dotychczas historia, nie została zapomniana oraz z nadzieją, że kiedyś zostanie należycie oceniona i nagrodzona, na co w pełni zasłużyliście.
Aby zamknąć tą opowieść, dodam jedynie, że nie zapomnę jak Amerykanie przyjechali do nas po operacji podziękować nam i nie zapomnę słów ich dowódcy „… gdyby nie Wy prawdopodobnie nie wrócilibyśmy stamtąd żywi …”. Po czym wręczyli nam bawole rogi, które mieli przyczepione do swoich Hammerów w ramach podziękowania za to, że tam byliśmy…
Poniżej dajemy link do tych samych wydarzeń opowiedzianych z perspektywy zza Oceanu.
https://valor.militarytimes.com/hero/3841
https://valor.militarytimes.com/hero/3852